.

.

Epilog

Kochany Yahiko,
jeśli czytasz ten list, to znak, że właśnie skończyłeś osiemnaście lat.
Pisząc, patrzę jak przez sen wiercisz się niespokojnie w swoim łóżeczku, więc trudno mi wyobrazić sobie jak wygląda Twoja rzeczywistość. Mimo wszystko chciałam, byś dowiedział się wszystkiego o naszej rodzinie akurat w dniu swoich osiemnastych urodzin, dlatego też w prezencie ode mnie, oprócz tych kilku słów, dostajesz dziennik mojej matki i mój własny pamiętnik.
Nie wiem czy jestem teraz przy Tobie.
Jeśli mnie nie ma i otrzymałeś ten list od kogoś innego, to po przeczytaniu wszystkiego, co zawarte jest  w obu zeszytach, dowiesz się w końcu całej prawdy. Będziesz wiedział, że nie ma mnie dlatego, że nie mogłam być przy Tobie, a nie dlatego, że nie chciałam. Będziesz wiedział, że choć bardzo chciałbyś mnie pomścić, zemsta nie jest najlepszym rozwiązaniem. Ja zostałam do tego wychowana i prawdopodobnie też przez to jesteś teraz sam…
Jeśli nie dostałeś tego listu od swego ojca… jeśli go jeszcze nie poznałeś, to po przeczytaniu mojego pamiętnika będziesz wiedział kim był i gdzie możesz zacząć go szukać. Trudno mi powiedzieć, gdzie może się znajdować po takim czasie. Pewna jestem jednak, że wciąż będzie gdzieś żył. Dowiesz się, że nie poznałeś go tylko przez moją samolubną decyzję. I możesz mnie za to znienawidzić, jeśli zechcesz. Nie chcę jednak, byś żywił wobec niego jakiekolwiek negatywne uczucia. Jest teraz jedną z nielicznych osób, które mogą Ci pomóc zrozumieć i całkowicie opanować Twoje umiejętności. Jeśli przekazałam Ci ich choć trochę, to na pewno zaledwie ułamek tego, co powinieneś wiedzieć. Radzę Ci więc, byś go odszukał i powiedział kim jesteś… i błagał, by mi wybaczył.
Jeśli jednak wciąż żyję i dostałeś ten list z moich rąk, to po przeczytaniu tego wszystkiego będziesz wiedział, że ani ja, ani moja matka, nie podjęłyśmy w naszym życiu żadnej decyzji, która nie zostałaby przez kogoś przewidziana lub ukierunkowana. Nigdy nie byłyśmy paniami naszego losu… ktoś zawsze pociągał za sznurki nad naszymi głowami. Jedyną decyzją podjętą przez moją matkę, która nie została wcześniej przewidziana, była jej własna śmierć. Moją… nie jestem pewna czy kiedykolwiek taką podjęłam. Dlatego daję Ci tę wiedzę dwóch pokoleń, choć niektóre haniebne rzeczy mogłabym pominąć, byś wziął z tego lekcję i mógł sam decydować o własnym życiu. Przekazuję Ci ostatnią pamiątkę po mojej matce, jako symbol Twojej wolności. Idź i bądź panem swojego życia. Żyj tak, jak nam nigdy nie dano…
Jeśli nie poznałeś jeszcze swojego ojca, będę nalegać byś go odnalazł. Nie mogę Ci jednak tego nakazać.
Wszystkiego najlepszego, Yahiko.
Kocham Cię,
Hanami
Chwilę zajęło, bym całkowicie przetrawił treść listu mojej matki. Ostrożnie włożyłem stare kartki do pożółkłej koperty i schowałem je między strony jednego z dwóch starych zeszytów, które znajdowały się w paczce z prezentem.
Odetchnąłem głęboko i podniosłem się ze swojej kryjówki wśród wysokich traw. Rozciągnąłem zesztywniałe mięśnie i bez pośpiechu zebrałem wszystkie swoje rzeczy.
- Yahiko – usłyszałem dziewczęcy głos za swoimi plecami. – Tu jesteś! Wszystko w porządku? – zapytała, widząc moją zmieszaną minę.
Przytaknąłem jej, przywdziewając sztuczny uśmiech.
- Dostałem prezent od matki… na urodziny – powiedziałem, wskazując na mały pakunek w mojej lewej ręce.
Przytaknęła nic nie mówiąc, po czym uśmiechnęła się delikatnie.
- Wracajmy… wszyscy na nas czekają – rzekła, po czym odwróciła się i zaczęła iść w kierunku, z którego przyszła, a ja ruszyłem za nią.
Wiatr poruszył jej długimi czarnymi włosami, które delikatnie połaskotały mnie po twarzy. Odwróciła głowę, by upewnić się, czy za nią idę. Jej czarne oczy wyrażały zaskakującą beznamiętność.
Tak… - pomyślałem. – Chcesz, bym sam decydował o swoim życiu, jednak dziwnym trafem jedyna dziewczyna w okolicy, w której mogłem się szaleńczo zakochać, była z klanu Shin. Czyżby to, że rodzina Yoshito mieszka tak blisko było całkowitym przypadkiem?
- O czym myślisz? – zapytała przystając i patrząc na mnie.
- O losie? – odpowiedziałem pytająco, z głupim uśmiechem na ustach.

Rozdział 48 - Ostatnia walka

Bez korekty!

Gdy pierwszy raz wyczułam jego obecność wiedziałam, że to nie będzie pokojowe spotkanie. Bałam się. Bałam się go i tego co może mi zrobić. Czułam jednak, że cokolwiek by to nie było – należało mi się. Oszukałam go. Pozwoliłam mu żyć tyle lat w nieświadomości, pozwoliłam mu cierpieć. A jego cierpienie było dla mnie czymś o wiele gorszym niż moja własna śmierć.
Gdy przyszedł do mnie, gdy stanął na tym dachu co ja, czułam, że cokolwiek miałby mi zrobić, zrobiłby to powoli i skrupulatnie. By zadać mi tyle samo bólu co ja jemu lub by bolało mnie nawet bardziej. I chciałam mu na to pozwolić. Nie walczyłabym. Nie krzyczała. Dałabym mu się uśmiercić.
Gdy stanął naprzeciw mnie. Gdy ujrzałam jego oczy – byłam szczęśliwa. Oczy, których tak dawno nie widziałam, a które tak bardzo kochałam. Oczy, które należeć mogły tylko dla niego. Oczy, za którymi tak bardzo tęskniłam. I ten, za którego oddałabym życie.
Gdy zacisnął swe dłonie na mej szyi i krzyczał, nie walczyłam. Choć trudno mi było oddychać, choć czułam jak niebezpieczne stawały się jego poczynania, choć jego złość bolała bardziej niż świeże rany.
Gdy kamień uderzył w jego czoło, gdy ujrzałam Yahiko – zamarłam. Nie powinno go tu być, nie powinni byli się o sobie dowiedzieć w ten sposób. Nie tak powinno się to odbyć. Czułam jak świat staje w miejscu, obraz wiruje mi przed oczyma, wszystko blednie. Nie mogłam dać się zabić, nie mogłam pozwolić im się pozabijać.
Wtedy pojawił się ON. Pan śmierci, który już raz mnie zabił. Ten, który to wszystko zniszczył, ten który roztrzaskał moją rodzinę. I zabrał go. Moje dziecko, którego ojcem był Tori. Moje dziecko, które wychowywałam sama tyle czasu, za które walczyłam, z którym walczyłam i za które dałabym się zabić. Zabrał go i roztrzaskał mój świat. Zniszczył mnie ponownie. Zabił jeszcze raz. Ponownie straciłam chęć by żyć.
- Zabij go – warknęłam po chwili, odsuwając się od niego na długość wyprostowanych ramion i chwytając jego płaszcz w moje dłonie. – Zabij go. I przyprowadź do mnie z powrotem nasze dziecko – rzekłam z determinacją w głosie, a oczy wypełniły mi się furią.
Zniknął, goniąc za nim by odzyskać nasz skarb.
Otarłam łzy z twarzy, lecz nie byłam w stanie się ruszyć. Wzięłam głęboki oddech, by uspokoić nerwy i pozbyć się strachu. Powoli, ciągając nosem, podniosłam się na nogi. Nie było powodu do paniki. Tori był jednym z najlepszych ninja jakich znałam, a przez te siedem lat na pewno znacznie się rozwinął. A i Yahiko nie był pierwszym lepszym płaczącym dzieckiem. Był ninja, który nie raz dowiódł swojej wartości podczas misji. Był geniuszem, co przy takich rodzicach nie było wcale zaskakujące. I jeśli jakiekolwiek dziecko miałoby się uwolnić z niewoli, z pewnością był to Yahiko. Nie ważne kim był porywacz.
Ponownie wzięłam głęboki oddech i rozluźniłam mięsnie, czując jak uchodzi ze mnie napięcie. Przeskoczyłam na inny budynek, kierując się w stronę budynku Hokage. Byłam pewna, że nie mam o co się martwić. Byłam pewna, że odzyskam ich obu. A w tym czasie uratuję więcej istnień. Zrobię to, do czego mnie wyszkolono. Będę walczyć.
Ujrzałam postać ubraną w płaszcz Akatsuki która walczyła z dwoma oponentami. Z daleka mogłam zauważyć, że był to Sasuke. Zbliżyłam się do walczących i ukryłam swoją chakrę. Przeskoczyłam na budynek znajdujący się zaraz za jednym z wrogich ninja, chwyciłam kunai w dłoń i zeskoczyłam. Wylądowałam na ramionach zaskoczonego mężczyzny i nim zdążył zareagować, szybkim ruchem ręki podcięłam mu gardło. Krew trysnęła do przodu, ochlapując stojącego nieopodal drugiego ninje, który zaskoczony nie zauważył ataku Sasuke. Chwilę później oba ciała opadły na ziemię zbroczoną krwią.
- Tatku – rzekłam cicho, starając się ukryć łamliwość głosu. Sama nie wiedziałam, że aż tak stęskniłam się za tym starym piernikiem.
- Hanami – odpowiedział, jakby zupełnie niezdziwiony – który to już raz pojawiasz się bez zapowiedzi?
Zaśmiałam się cicho.
- Przepraszam za zepsucie zabawy. Co tutaj robi Akatsuki? – spytałam zaciekawiona.
- Myślę, że nie czas na takie rozmowy. Jakby nie patrzeć jesteśmy w trakcie bitwy. Po śladach na twojej szyi wnioskuję, że spotkałaś się z Torim – rzucił, czyszcząc swoją katanę o ubranie jednego z ninja. – Dziwne, że jeszcze żyjesz.
- Twój wnuk mnie uratował – odpowiedziałam, lecz nim zdołał cokolwiek powiedzieć, powietrze przeszył przerażający krzyk. – Chyba nie mamy czasu na pogawędki. Do zobaczenia później – rzekłam i wskoczyłam na jeden z budynków, udając się w stronę z której dochodził brzęk zderzającej się broni.

***
Dogoniłem go po chwili, lecz nim zdołałem cokolwiek zrobić, otoczyły mnie jego klony. Nie przerywając biegu złożyłem dłonie w odpowiednie pieczęci i otoczyła mnie zgraja moich własnych kopii, które rzuciły się do walki. Po chwili zostaliśmy sami.
- Myślisz, że uda ci się mnie pokonać? – zapytał, błyszcząc złowrogo czerwonym okiem zza maski.
- Nie mam wyboru. Mam do pogadania z Hanami, więc nie ma możliwości bym tutaj teraz zginął. Szybko się z tobą rozprawię, zabieram dzieciaka i ruszam z powrotem do wioski – rzuciłem.
- Czyżby instynkt tacieżyński? – zapytał drwiąco.
- Wątpię. Raczej wkurwienie – rzekłem tonem mrożącym krew w żyłach. – Nie radziłbym ci mnie ignorować – dodałem, powoli tracąc cierpliwość.
Naprawdę zależało mi na czasie. Musiałem porozmawiać o tym wszystkim z Hanami jak najszybciej. Inaczej chyba zgubiłbym się w moich własnych domysłach.
Nagle zza drzewa wyskoczył jego klon, przechwycił dziecko i wbiegł do lasu. Stało się to tak szybko, że z trudnością to zauważyłem.
- Zabawmy się więc sami. Dziecko dopadnę później – powiedział.
- Zatańczmy – rzuciłem.
Złożyłem dłonie w pieczęcie, wypowiedziałem szybko Kami Bunshin i zostałem otoczony armią swoich papierowych klonów. Musiałem się śpieszyć, by dotrzeć do dzieciaka zanim zatrą się ich ślady.

***
Ten dzień zaczął się fatalnie. Najpierw ktoś nas śledził podczas powrotu z misji. Później zarządzono natychmiastową ewakuację, w wyniku której zaprowadzono mnie do jednego z bunkrów z którego z trudem udało mi się wymknąć. Po chwili jednak znowu zostałem zabrany przez wujka Minato i zaciągnięty pod bunkry. Tym razem było trudniej ale i tak się wymknąłem, by wrócić do mamy akurat wtedy gdy była duszona przez jakiegoś kolesia ubranego w dziwny płaszcz w czerwone chmurki. Pierwszy raz widziałem ją gdy się poddała i nawet nie próbowała walczyć. I po raz pierwszy widziałem przerażenie w jej oczach, gdy mnie zauważyła.
Wszystko było takie chaotyczne. Nim zostałem porwany przez tego dziwnego typa z czerwonym okiem, zdołałem zauważyć jedynie oczy kolesia, który dusił moją matkę. Oczy, które były takie same jak moje. Zobaczyłem również załamaną twarz mojej mamy. Obraz, którego chyba nigdy nie wymarzę z pamięci.
Wiedziałem, że musiałem wrócić do niej jak najszybciej i zapewnić o moim bezpieczeństwie. Może i udawała twardą, ale wiedziałem, że zawsze była wobec mnie przesadnie ostrożna i chroniła mnie wszelkimi środkami. Musiałem wrócić, by dowiedzieć się również o mężczyźnie, który miał takie same oczy jak moje. Przeczuwałem, że był moim ojcem, ale musiałem się upewnić. Musiałem również dowiedzieć się dlaczego zostawił nas na tak długo i kazał mamie udawać, że żyje z kimś innym.
Po chwili ten który mnie porwał, zatrzymał się i zaczął rozmawiać, z tym który atakował moją matkę. Czyżby mama wysłała go po to, by mnie uratował? Nim zdołałem cokolwiek powiedzieć, zostałem przejęty przez klona i zabrany między drzewa. Odetchnąłem z ulgą. Mimo, iż nie należę do strachliwych, bałem się tamtego człowieka. Jego chakra była czymś, z czym nie mógłbym sobie poradzić. Jednak sprawa miała się inaczej w przypadku klona, mimo wszystko wystarczyło go jedynie zniszczyć by się uwolnić. A przy odpowiedniej technice było to wykonalne.
Skupiłem się i za pomocą Shinra Tensei odepchnąłem od siebie klona. Upadłem na twardej ziemi nim zdołałem zareagować, po czym szybko podniosłem się do pionu i przy użyciu Kuchiyose: Raikō Kenka przywołałem kilka kunai. Uzbrojony rozejrzałem się po okolicy. Wiedziałem, że klon znajdował się niedaleko, lecz nie mogłem go dokładniej zlokalizować. Złożyłem dłonie w pieczęci ptaka, szczura, woła, małpy, znowu szczura i węża, wyszeptałem Ukojizai no Jutsu, a z nieba spadł rzewny deszcz. Chwilę zajęło mi odnalezienie ukrywającego się w drzewach klona. Używając Banshō Ten'in przyciągnąłem go do siebie i zaatakowałem kunai’ami. Wybuchł i zniknął, a ja zostałem sam.
Odetchnąłem głęboko i ruszyłem w drogę powrotną utrzymując przy sobie nienaturalny deszcz, by móc w porę wyczuć obce chakry.

***
Uskoczyłem przed kolejnym atakiem. Rozejrzałem się po okolicy i przyjrzałem uważniej Madarze. Wiedziałem, że czas już kończyć tę maskaradę i zabrać się do poważnej walki. Wszystkie przekładnie były już na swoim miejscu.
Nagle zza drzew została wystrzelona potężna fala chakry, która została skierowana w stronę Madary. Atak był na tyle potężny, że zniszczył drzewa spotkane po drodze. Staremu Uchiha udało się uniknąć ataku dzięki swojemu czasoprzestrzennemu jutsu ­Kamui. Nim jednak zdołał całkowicie pozbierać się po ataku rzuciła się na niego moja ścieżka Asury, czego z pewnością się nie spodziewał. Niewiele osób dowiedziało się o moich ścieżkach.
Nie tracąc czasu, cofnąłem się miedzy drzewa, ustępując pola walki swoim dodatkowym ciałom. Nie było potrzeby narażania się na ataki, gdy walka mogła się odbyć beze mnie. Po za tym, o wiele łatwiej było kontrolować ścieżki z ukrycia.
Usiadłem pod jednym z drzew i skupiłem się na kontrolowaniu walki. Koło mnie przysiadł Tendō, który za pomocą Ukojizai no Jutsu sprowadził na pole bitwy nienaturalny deszcz.
Ścieżka Asury i Madara zaczęli walczyć przy pomocy taijutsu, lecz Uchiha sprawnie unikał potężnych ciosów Shuradō dzięki swojemu Kamui.
Dzięki swoim ścieżkom, mogłem obserwować co dzieje się na polu walki i zauważyłem jak Madara składa pieczęć barana i przy pomocy Mokuton: Sashiki no Jutsu, rzuca drewnianymi pociskami w ścieżkę Asury. W tym samym czasie Gakidō, użył Fūjutsu Kyūin, wchłaniając chakrę techniki, usiłując jednocześnie wchłonąć choć część chakry starego Uchihy.
Dwie ścieżki cofnęły się między drzewa by ustąpić pola Ningendō, który ponownie zajął Madarę w szybkim i pożerającym siłę i energię taijutsu. Po dłuższej wymianie ciosów staremu ninja udało się odepchnąć potężne cielsko ścieżki, złożyć pieczęcie i przy pomocy Mokuton: Daisōju wyciągnąć z ziemi kilka ogromnych korzeni, które miały za zadanie ją zmiażdżyć. Mój refleks okazał się jednak wystarczająco szybki, by w porę ją stamtąd wyciągnąć i odskoczyć na bezpieczną odległość.
Walka stawała się coraz bardziej zawarta i coraz bardziej chakro-chłonna. Czułem jak fale energii opuszczają moje ciało przez pręty wczepione w przedramię, a dzięki którym kontrolowałem sześć ciał. Gdybym stał prawdopodobnie robiłbym się coraz słabszy. Ciekawiło mnie jak ta zaciekła walka wpływa na starego Uchihę. Pewnym było, że przestał mnie ignorować. Interesował mnie jednak fakt, ile był jeszcze w stanie wytrzymać bez popełnienia błędu.

***
Poczułem silne fale chakry dobiegające zza linii drzew i domyśliłem się, że zapewne powróciłem do miejsca, gdzie walczą dwaj mężczyźni. Wykonałem pieczęci, by zakończyć nienaturalny deszcz, ten jednak nieustannie padał zupełnie jakbym to nie ja go przywołał.
Zaciekawiony zrobiłem kilka kroków do przodu lecz nagle zostałem pochwycony przez czyjeś ręce i usadzony pod jednym z najbliższych drzew. Ze zdziwieniem zauważyłem tam mężczyznę, który przypuszczalnie był moim ojcem. Postać, która mnie tu przyciągnęła usiadła obok mnie i zauważyłem, że również ma podobne oczy do moich.
Mężczyzna, który był moim ojcem, miał zamknięte oczy i wyglądał jakby odpoczywał. Dziwił mnie fakt, że spokojnie sobie tutaj drzemał, gdy niedaleko trwała walka, nim jednak zdołałem się ruszyć by pobiec w tamtą stronę i pomóc, powstrzymała mnie dłoń tej drugiej postaci.
- Zostań tutaj i nie przeszkadzaj – rzekł mężczyzna – Nie ma bezpieczniejszego miejsca od tego. Wkrótce zakończę walkę i wrócimy do Konohy – dodał, po czym zamilkł.
Jego prawa dłoń spoczęła na jego lewym przedramieniu, w które zostały wczepione metalowe pręty.
Wyglądało na to, że mój „prawdopodobnie” ojciec był fanem piercing’u i modyfikacji ciała. Co widziała w nim moja matka?

***
Z Yahiko u boku byłem spokojniejszy. Ciekawiło mnie jak udało mu się uciec, jednak z pewnością zmniejszało to ilość moich problemów. Nie musiałem już śpieszyć się by go odszukać. Mogłem się skupić całkowicie na walce.
Madara użył Katon: Bakufū Ranbu i posłał wirującą falę ognia w stronę moich ścieżek. Przy pomocy jednej z nich złożyłem sekwencję pieczęci: baran, ptak, dzik, małpa, i ponownie baran i sparowałem atak falą wody pod ogromnym ciśnieniem. Powietrze wypełniło się duszącą i gorącą parą wodną. Suiton: Mizudeppō był niezawodną i sprawdzoną techniką, która umiejętnie użyta może nawet pozbawić kogoś życia. Aż szkoda, że użyłem jej jedynie by odeprzeć Katona Uchihy.
Przy pomocy Chikushōdō przywołałem Wielkiego Wiertłodziobego Ptaka, który zaczął atakować Madare.

***
Wbiegłam w jedną z Konoszańskich uliczek i instynktownie uniknęłam ataku kunai’em. Uśmiechnęłam się szatańsko pod nosem i skoczyłam na atakującego z prędkością, której się nie spodziewał. Nim zdążył zareagować, przeszywałam jego ciało swoim ostrzem. W trakcie biegu nie zauważyłam jednak, że wskakuję między grupę wrogich ninja, którzy w chwilę mnie otoczyli. Uśmiechnęłam się niewinnie.
- Panowie i panie, witamy w Konoha. W czym mogę pomóc? – zapytałam, dekoncertując ich na chwilę wystarczającą by użyć Chidori Nagashi.
Otoczyły mnie wiązki błyskawicy, które zaatakowały moich oponentów. Wiązki prądu atakowały ich układ nerwowy i zmusiły ich mięśnie do skurczu - powodując paraliż. W powietrzu rozniósł się swąd palonego ciała, gdy błyskawice zwęgliły ich skórę.
- Dziękuję za spotkanie i życzę miłej śmierci – rzuciłam i pobiegłam dalej.
Przystanęłam na chwilę przed jednym z zakrętów za którym czaili się wrodzy ninja. Złożyłam pieczęcie i wyszeptałam Raiton no Yoroi. Moje ciało otoczyły wiązki błyskawicy, które nie tylko stanowiły barierę i ochronę, lecz również zwiększały moją prędkość i siłę ataku. Wyskoczyłam zza winkla i wskoczyłam między ninja.

- Hanami? – usłyszałam zdziwiony głos Itakoi’ego za plecami.
Odwróciłam się ostrożnie, upewniając się, że wszyscy moi przeciwnicy leżą bez życia, po czym dezaktywowałam technikę.
- Szwagrze – odpowiedziałam.
- Już rozumiem nagłe zniknięcie Tori’ego, gdy tylko wkroczyliśmy do wioski. Nie wiem jakim cudem wciąż żyjesz po waszym spotkaniu – powiedział zdziwiony.
- Uratował mnie twój bratanek i nagłe pojawienie Madary – rzuciłam, lecz nim zdążył powiedzieć dodałam. – Cieszę się, że cię widzę. U Aanami wszystko w porządku?
- W jak najlepszym. Jestem przekonany, że zabije cię jak tylko cię zobaczy – dodał. – Zobaczymy się później, idę poszukać żony nim zauważy, że zniknąłem. Zachowuj się odpowiedzialnie, głupio by było jakbyś po tylu latach udawania martwej, rzeczywiście umarła – rzucił na odchodne i zniknął.

***
- Hokage-sama! – krzyknął jeden z ninja, podbiegając do Naruto – Sytuacja przy głównej bramie opanowana dzięki nagłemu pojawieniu się Akatsuki. Po wschodniej stronie wioski pojawili się ninja z Suny, którzy pomagają opanować sytuacje. Jednak są znaczne problemy po zachodniej stronie. Zginęło wielu naszych ludzi. Nie wiem też jak długo uda nam się utrzymać sytuację w centrum – powiedział szybko.
- Nie jest dobrze. Przy takich posiłkach powinniśmy z łatwością wygrywać – rzekł Naruto do siebie – Wyślij kilku napotkanych jōninów i medycznych ninja do zachodniej strony i centrum, w miarę możliwości – dodał odprawiając go tym samym.
- Jednak bez ich pomocy, nie mielibyśmy aż tak wielkich szans. Kto wie, co Madara zrobił z atakującymi nas ninja – powiedział Itachi, pojawiając się znikąd - Pakt z Suną i Akatsuki nie był złym pomysłem – dodał.
- Wiem, ale jednak wciąż nie udało nam się opanować sytuacji. Nie mogę tu tak po prostu stać i patrzeć – rzekł zdenerwowany blondyn. – Powinienem stanąć do walki!
- Jesteś najważniejszym człowiekiem w wiosce. Zapanuje chaos jeśli coś Ci się stanie – odparł mu kruczowłosy.
- Dlaczego miałoby mi się coś stać? Przypominam Ci, że jestem również jednym z najsilniejszych ninja w wiosce. A dodatkowo jinchūriki!
- Akurat bycie pojemnikiem dla bestii, która może się wyrwać w każdym momencie, wcale nie jest argumentem.
- Nie przesadzaj. Panuję nad nią – odrzekł mu zdenerwowany jego słowami Hokage.
Przez chwilę stali w ciszy obserwując broniącą się wioskę. Ze wszystkich stron dobiegał ich brzęk zderzającej się broni oraz wybuchy zderzających się jutsu.
Powoli zapadał zmierzch a walk nie było widać końca. Naruto zdawał sobie sprawę z tego, jak zmęczeni muszą być jego ludzie. Minęło wiele lat od ostatniego ataku na Konohę, jednak ninja, mimo iż lepiej wyszkoleni i tak nie byli na to przygotowani. Mimo iż razem z Itachim od lat szykowali wioskę do oparcia natarcia, nie widać było efektów ich pracy. Konoha broniła się dzielnie ale nikt tak naprawdę nie mógł zapewnić, że uda jej się wygrać.
- Nie będę tak stał i patrzył – rzekł nagle Naruto – Ruszam do centrum. Jeśli ktoś mnie będzie szukał, to właśnie tam! – krzyknął, po czym zeskoczył z dachu nim Uchiha zdołał zareagować.
Itachi westchnął pod nosem, po czym ruszył w stronę zachodnich murów wioski. Od początku wiedział, że nie uda mu się utrzymać Hokage w miejscu.

***
- Chyba należy skończyć tę zabawę – rzekł nagle Uchiha. – Może wyjdziesz z cienia?
- W cieniu mi bardzo dobrze – opowiedziałem mu ustami jednej ze ścieżek. – Ale masz rację, należy zakończyć te tańce – dodałem.
Ścieżka Devy wstała z wcześniej zajmowanego miejsca i ruszyła między drzewami w stronę pola walki. Nim dostała się w jej obrzeżą, złożyła dłonie i za pomocą Chibaku Tensei, przywołała na niebie czarną kulę, która zaczęła przyciągać wszelką materię.
Usłyszałem jak Uchiha warknął coś pod nosem i zaczął cofać się w celu uniknięcia silnego przyciągania kuli. Zapewne chciał zyskać na czasie, by wymyślić sposób na jej unicestwienie.
Podniosłem się i z uśmiechem na ustach otrzepałem płaszcz. To był już koniec. Złożyłem dłonie w pieczęci, po czym ruszyłem w stronę pola walki. Chłopiec dreptał za mną.
Usłyszałem krzyk zdziwienia starego Uchihy, po czym zapadła cisza. Zaśmiałem się głośnie i  za pomocą Ścieżki Devy odwołałem technikę. Mały meteoryt upadł z hukiem na ziemię tworząc fale uderzeniową, która mało co nie zbiła chłopca z nóg.
Wyszedłem na pole bitwy, które teraz było jednym wielkim kraterem, a na którym leżał Madara trzymając się za zakrwawione nogi.
- Wielka technika, by odwrócić uwagę od małej. Sprytnie – rzekł.
- Dziękuję za uznanie. Wszyscy dają się na to nabrać – powiedziałem, wskazując na porozrzucane wokół kartki papieru, w których ukryte były zatrute senbony, a którymi wcześniej zaatakowałem Madarę – Mój stary też się na to nabrał – odpowiedziałem.
Zza drzew wyszło sześć moich ścieżek i ustawiło się za mną murem.
- Posiedziałbym tu z tobą aż zdechniesz. Trucizna nie tylko zabije cię w minutę, ale również skutecznie paraliżuje. Co zapewne już poczułeś sądząc po twojej minie – odpowiedziałem.
- Muszę wracać do Konohy – rzekłem.
Tendō chwyciło chłopca i razem z czterema ścieżkami zniknęli między drzewami.
- Pozwoliłbym Ci zdychać w męczarniach ale nie mam czasu. Muszę się jednak upewnić, że umarłeś w stu procentach – powiedziałem.
Ścieżka Asury, która stała obok mnie, wycelowała działo chakry w stronę Uchihy. Po czym, gdy tylko odszedłem, wystrzeliła w jego kierunku potężny strumień.
Ruszyłem w drogę powrotną do wioski zostawiając Shuradō za sobą by zmasakrowało ciało Madary, tak, by w żaden sposób nie dało się go z powrotem powołać do życia. Przywołałem również Króla Piekieł, by zabrał jego duszę tam, skąd nie dałoby się już jej przyzwać.

***
Biegnąc w stronę centrum, spotkałam uciekających stamtąd ninja Konohy. Świadczyć to mogło jedynie o tym, że cokolwiek się tam działo, zmusiło ich do natychmiastowego powrotu.
Wybiegłam na jedną z głównych ulic i zamarłam. Po ulicach grasował Naruto w siedmoogoniastej formie atakujący wszystkich napotkanych ninja. Całym szczęściem wszystkim ninja z Konohy udało się zbiec, ale jinchūriki który stracił nad sobą kontrolę stanowił zagrożenie dla każdego i nie wiadomo kiedy zacząłby rujnować wioskę.
Wzięłam głęboki oddech i podjęłam irracjonalną decyzję przez którą prawdopodobnie zginę. Ale ktoś musiał to zrobić! A skoro Tori poznał już Yahiko to byłam pewna, że będzie kto miał się nim zająć i odpowiednio wyszkolić.
Nim jeszcze raz to przemyślałam, wybiegłam zza rogu za którym się znajdowałam i ruszyłam w stronę Naruto. Nim zdołał zareagować uczepiłam się do jego pleców i zaczęłam wchłaniać ogromne pokłady chakry ogoniastej bestii. Czułam, że moje własne linie chakry powoli się niszczą z powodu ilości i tempa wchłanianej energii, więc zaczęłam wysyłać nadmiar ku najbliższym żywym roślinom, które mogły ją przyjąć.
Powoli zaczynałam tracić przytomność z powodu ogromnego wysiłku. Czułam jakby wpompowywano i jednocześnie wysysano ze mnie życie. Zauważyłam, że Naruto powoli zaczyna się przemieniać z powrotem i przestaje próbować mnie z siebie zrzucić.
Usłyszałam jedynie moje imię wykrzyczane przez kogoś, po czym zemdlałam.

***
Wchodząc do wioski od razu skierowaliśmy się do jej centrum. Sądziłem, że jeśli gdziekolwiek mam spotkać Hanami to właśnie w centrum walki, która z całą pewnością odbywała się w centralnej części wioski.
Zauważyliśmy tłum ludzi skupiony wokół czegoś, a który wcale nie zdawał się być przejęty walką. Nagle wyczułem coś, czego się nie spodziewałem. Albo raczej nie wyczułem tego, co spodziewałem się poczuć.

Nie było jej.

Przerażony przedarłem się przez tłum i zobaczyłem coś, czego obawiałem się najbardziej.
Leżała bezwładnie na ziemi z zamkniętymi oczyma, a Aanami starała się ją uleczyć. Ja wiedziałem jednak, że nie było po co marnować chakry.

Bo jej już nie było.

Powoli podszedłem do ciała białowłosej nie przejmując się płaczem chłopca. Jednym ruchem ręki odsunąłem od niej jej siostrę i z hukiem opadłem na kolana przed jej bezwładnym truchłem.
- Co się stało? – zapytałem ledwie słyszalnym głosem, zdając sobie sprawę z tego, że wcale mnie to nie obchodziło.
Aanami starała się coś mi wytłumaczyć lecz nic do mnie nie docierało. Nic oprócz widoku jej ciała.

Ciała, w którym nie było już życia.

Delikatnie wziąłem ją w ramiona i przetarłem jej twarz z kurzu. Wciąż była cholernie piękna. Cholernie piękna i kompletnie martwa.
Nie płakałem. Nie czułem smutku. Jedyne co czułem to furia. Złość, która wypełniała każdą moją komórkę, która zalewała mnie całego falami.

Odeszła.

Śmiała odejść, gdy odnalazłem ją po tylu latach. Przez siedem cholernych lat udawała martwą tylko po to, by umrzeć akurat w dniu, w którym ją spotkałem ponownie! Nie zamierzałem jej na to pozwolić.
- Zabierzcie ludzi – powiedziałem w eter. – Nie pozwolę jej odejść.
- Tori – usłyszałem głos Aanami. – To nie ma sensu. Jej strumienie chakry są kompletnie rozerwane, wlewana w nią energia kompletnie z niej wypływa.
- Nie będę wlewał w nią chakry. Tylko życie – odpowiedziałem cicho, tak by tylko ona usłyszała.
- To też jest swego rodzaju chakra. A wiesz ile kosztuje Cię ta technika. Sam możesz umrzeć, próbując ją uratować.
- Więc umrę. Bez niej i tak jestem martwy – rzekłem.
Usłyszałem ciche westchnięcie, po czym zebrani ludzie się rozeszli. Odetchnąłem.
- Pomóż mi. Naprawiaj jej strumienie chakry – powiedziałem do Aanami, gdy zaczęła się podnosić.
Nie mówiąc nic została obok mnie, po czym wyszeptała cicho:
- Nawet jeśli Ci się uda, ona może już nigdy nie użyć żadnej techniki.
- Trudno. Tak będzie jej kara, za bawienie się w umieranie.

Odetchnąłem ponownie, po czym złożyłem pieczęcie barana i węża, szepcząc Gedō — Rinne Tensei no Jutsu. Przywołałem Króla Piekieł, od którego zamierzałem odzyskać jej duszę.


***
Rozdział opublikowany po dłuższej przerwie. Nie jest to mój najlepszy i najdłuższy rozdział, ale stwierdziłam, że nie ma co się ociągać :)
Jest to ostatni rozdział Shi-no-namidy. Został mi jedynie do napisania Epilog :<  Trzymajcie kciuki, by wyszedł jak najlepszy :)

Pozdrawiam,
Hanami

Rozdział 47 - "Zabij go..."

Bez korekty!!

Usłyszałem jak cicho wstaje i siada na łóżku. Uchyliłem powieki i zauważyłem jej nagie plecy okryte jedynie woalem długich białych włosów. Jej delikatna jasna skóra idealnie łączyła się z bielą włosów, sprawiając, że wyglądała nieziemsko niczym anioł. I właśnie nim dla mnie była.
- Gdzie uciekasz? – zapytałem, przyciągając jej ciało do siebie i zamykając ją w swych ramionach, niczym w klatce.
Jak na zawołanie po pokoju rozniósł się płacz. Dziecięcy płacz.
- Mam małe zadanie do wykonania – rzekła chichocząc.
- Nie podoba mi się, że idziesz sama – odpowiedziałem, udając nachmurzonego, co ją rozbawiło.
Płacz został chwilowo zagłuszony przez jej perlisty śmiech. Pocałowała mnie, dłonie wplątując w moje włosy.
- Dam sobie radę – powiedziała cicho z rozkosznym uśmiechem na ustach.
W jednej chwili dotarło do mnie, że zakochałem się w Hanami która nie miała uczuć, ale na punkcie tej śmiejącej się oszalałem.
- Nie martw się, niedługo wrócę. Nawet nie zauważysz, że mnie nie było – zapewniła.
Puściła mnie i odsunęła na krawędź łóżka. Światło padające z okienka spoczęło na jej sylwetce, a jej skóra zdawała się być transparentna, jakby utkana właśnie z tego światła… nierealna.
- Nawet nie zauważysz, że mnie nie było – powtórzyła po czym wstała i nie odwracając się w moją stronę, ruszyła przed siebie.
Podążyłem za nią wzrokiem, ale jej już nie było. Nie było również pokoju, ni płaczu. Otaczała mnie jedynie ciemność i cisza.
- Gdzie mama? – zapytał nagle dziecięcy głos dochodzący z mroku.

Obudziłem się i odruchowo rozejrzałem po pokoju. Wszystko było ułożone tak jak wieczorem, nic nie zniknęło, ani nic się nie pojawiło. Złapałem się za głowę, zakrywając przy tym jednocześnie twarz. Czułem, że powoli przestaję to znosić i z trudem powstrzymwałem moją wściekłość.
Chwyciłem ukryty pod poduszką kunai i wściekle rzuciłem nim o ścianę. Starałem się powstrzymać rosnącą we mnie złość od bardzo dawna, lecz nigdy tak naprawdę z nią nie wygrałem. Dlatego, że nigdy Jej nie wybaczyłem.
Oszukała mnie. Miała wrócić, miała ze mną być. Ale była głupia, zaufała temu tchórzowi i dała się zabić. Tylko po to bym mógł żyć. Ale czym było życie bez niej? Po co mi było, skoro nie chciałem żyć?
Poczułem jak pokłady złości ulegają smutkowi i wyrzutom sumienia. Nie mogłem przestać winić jej za to co nie było jej winą. Prawdę powiedziawszy nie mogłem przestać jej winić, bo winiłem siebie – za to, że za nią nie poszedłem. Przez siedem lat nie mogłem jej i sobie tego wybaczyć.

***
Rozejrzałam się po okolicy, po czym wstałam, poprawiłam maskę kryjącą moją twarz i ruszyłam do rozstawionych nieopodal namiotów, by obudzić śpiące z nich dzieciaki. Zbliżał się świt i nadszedł czas, by wyruszyć w dalszą drogę. Zwłaszcza, że do Konohy zostało nam zaledwie pół dnia drogi. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w objęciach murów mej wioski.
- Nie rozumiem dlaczego Sensei tak się upiera nad wyruszaniem o świcie – powiedziała z oburzeniem dziewczynka o blond włosach, podczas wychodzenia ze swojego namiotu.
Uśmiechnęłam się pod maską, patrząc jak razem z drugą, brązowowłosą dziewczynką, zabierają się za składanie swoich namiotów. Wciąż pamiętałam je jako małe szkraby, gdy jako pięciolatki bawiły się w ogrodzie Itachi’ego Uchihy, bo ich rodzice mieli z nim do załatwienia pewne sprawy. Trudno mi było uwierzyć, że od tamtego wydarzenia minęło już siedem lat.
Z trzeciego namiotu wyszedł chłopczyk, młodszy od towarzyszących mu dziewczyn. Zdołał on o wiele wcześniej, niż jego rówieśnicy, ukończyć Akademię i dlatego wcześniej został przydzielony do trenowanej przeze mnie drużyny. Był kolejnym ‘geniuszem Konohy’ zaraz po zgrai Uchihów, nic więc dziwnego, że przydzielono go do drużyny z najmłodszą Narą i Inuzuką.
- Pospiesz się, Yahiko – rzuciłam do niego, gasząc jednocześnie ognisko przy którym czuwałam.
Po niedługim czasie drużyna była gotowa do drogi, a ja zarządziłam wymarsz. Wskoczyliśmy na drzewa w określonym szyku – najpierw dziewczynki, po tym chłopczyk i ja na końcu. Ruszyliśmy w stronę Konohy.
Czułam czyjeś spojrzenie na moich plecach, co świadczyć mogło jedynie o tym, że ktoś nas śledził. Nie mogłam jednak określić kto i gdzie dokładnie był.
W połowie drogi do Konohy, udało mi się zlokalizować „ogon” gdy niepostrzeżenie złamał gałązkę. Był blisko, za blisko. Po chwili usłyszałam kolejne niemalże niesłyszalne trzaski i pojęłam, że byliśmy otoczeni przez wielu osobników, którzy dobrze wiedzieli co robią. Gdyby nie nieuwaga kilku z nich, nigdy nie udałoby mi się ich usłyszeć. Czułabym się obserwowana, ale i tak doprowadziłabym ich do wioski.
Zatrzymałam drużynę pod pozorem chwilowego odpoczynku.
- Słuchajcie – rzekłam szeptem – Jesteśmy obserwowani. Nie rozglądajcie się! – rzuciłam nim zdołali to zrobić – Ruszycie teraz BARDZO szybko do Konohy i powiecie jakiemuś jōninowi, że byliśmy śledzeni – dodałam.
- A Sensei? – zapytała młoda Nara.
- Ja spróbuję ich zatrzymać i czegoś się dowiedzieć – powiedziałam z szatańskim uśmiechem pod maską.
Dziewczynki skinęły głowami, lecz chłopiec wciąż patrzył na mnie nieprzekonany.
- Yahiko, to bardzo ważne byście dotarli tam bezpiecznie – zwróciłam się do chłopca – Więc możesz… zrobić To… – dodałam ciszej, tak by nawet dziewczynki tego nie usłyszały.
Chłopiec skinął głową. Wznowiliśmy bieg, nagle dzieci przyspieszyły, a ja skoczyłam w lewo, w stronę najbliższego śledzącego nas osobnika.

***
Wszedłem do domu i mimowolnie skierowałem swe kroki do kuchni, starając się po drodze nie nadepnąć na coś leżącego na podłodze. Często bowiem zdarzało mi się wpaść w jakieś pułapki.
Zdziwiło mnie zgaszone światło i pustka w pomieszczeniu. Przywykłem do widzenia Jej o tej porze, pochylonej nad kubkiem herbaty, zbudzonej po niespokojnym śnie lub wracającej ze skrytobójczej misji. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że wyruszyła ze swoją drużyną wykonać zadanie i wróci dopiero po południu.
Westchnąłem cicho, wchodząc głębiej do pomieszczenia i zabierając się do przygotowywania herbaty. Sam zdziwiłem się tym jak bardzo przywykłem do Jej obecności. Wciąż pamiętam jak siedem lat temu się tutaj wprowadziła i dlaczego tak się stało.

- Dobrze – rzekł znudzonym głosem Hokage, przerzucając stertę papierów zalegającą na jego biurku. W końcu odnalazł poszukiwany pergamin i mi go wręczył.
- Musisz to podpisać. Moja sekretarka stwierdziła, że nie może skatalogować nie podpisanego raportu. Wybacz, że ściągnąłem Cię tu o tej porze tylko po to – westchnął, rozmasowując sobie skronie.
- Nic się nie stało – rzekłem. – Przepraszam za kłopot – dodałem, pochylając się nad papierem i składając wymagany podpis.
Nagle przez okno do pomieszczenia wskoczył Itachi Uchiha i nie przejmując się moją obecnością powiedział:
- Zaczęło się, maszyna poszła w ruch.
Naruto spojrzał badawczo na Uchihe, po czym przeniósł zaniepokojony wzrok na mnie. Wiem co miał na myśli. Itachi musiał być w wielkim pośpiechu, że zaczął mówić przy mnie. Nie było bowiem możliwości, by nie wiedział o mojej obecności, nawet jeśli mnie nie widział.
- Skąd wiesz? – zapytał Hokage, najwyraźniej również ignorując moją osobę.
- Zakrwawiona Hanami leży na kanapie w moim mieszkaniu. Zaatakował ją - rzekł, jakby nigdy nic.
Zaskoczony Naruto aż wstał i musiałem przyznać, że i mnie dech zaparło.
- Dobrze. Musimy wysłać kogoś by ją uleczył, a później ukryć ją gdzieś. Masz jakiś pomysł?
- Ja mogę ją przechować – wtrąciłem nagle, a twarze obu mężczyzn zwróciły się w moim kierunku, jakby nagle zdając sobie sprawę z mojej obecności.
- Wiesz z czym to się wiążę? Prawdopodobnie będziesz musiał wyrzec się własnego życia, by ją ochronić – rzekł Naruto.
Skinąłem głową. Czułem, że muszę, że chcę to zrobić. Dla Shi no namidy, dla samego Uchihy, który mógł wielokrotnie skazać mnie za działalność w Gildii, a mimo to nigdy tego nie zrobił. Miałem u niego wielki dług wdzięczności.

Minęło siedem lat od tamtego wieczoru, a ja przestałem być pewny czy teraz ciągnąłem to ze względu na wierność Gildii, która nakazywała wspomagać Shi no namidy, czy przez wzgląd na samą Hanami. Trudno mi było stwierdzić czym dla mnie się stała, ale pewnym było, że w jej oczach pozostawałem jedynie przyjacielem. Przez siedem lat jej serce było niedostępne i nawet nie drgnęło w moim kierunku. Mimo, że byłem tuż obok, mimo, że pomagałem jej przezwyciężyć problemy i byłem jej przykrywką. Chyba rozumiałem, jak przez te lata czuł się Itachi. Chociaż jemu pomagała w tym wszystkim lojalność wobec brata. Ja nawet nie znałem tego, którego ona tak uparcie kochała.
Wyjrzałem przez okno i zauważyłem, że słońce jest już w połowie drogi po nieboskłonie. Wstałem i wyszedłem z domu, ruszając w stronę bramy Konohy. Zazwyczaj nie przychodziłem po nią gdy wracała z misji, lecz czasami, gdy nie byłem zajęty, tak jak teraz, spotykałem się z nią przy bramie i odprowadzałem do Hokage by zdała raport. Było to swego rodzaju przykrywką, gdyż musieliśmy od czasu do czasu pokazać się publicznie, by ją zachować. Czasami jednak lubiłem tak po prostu z nią spacerować i rozmawiać.
Zauważyłem tłum gapiów zebrany zaraz przy bramie i mimowolnie przyspieszyłem kroku. Przepchałem się przez ludzi i dotarłem do centrum zainteresowania. Drużyna Hanami właśnie rozmawiała ze strażnikami, jednocześnie walcząc o oddechy, jakby wrócili po długim biegu. Podszedłem do nich.
- Yahiko, co się stało, gdzie wasza Sensei? – zapytałem.
- Obserwowano nas. Sesnei kazała nam uciekać, a sama została by się z nimi rozprawić – powiedziała Nara.
- Wysłaliście kogoś po Hokage? – zapytałem jednego ze strażników, a ten skinął głową.
- Gdy dzieciaki dotarły akurat był tutaj Minato. Od razu pobiegł po ojca – rzekł jeden z nich.
Skinąłem głową.
- Wyślijcie kogoś po Uchihe – zarządziłem – A wy, dzieciaki, wracajcie do domów. Jestem pewien, że Sensei zaraz się tu zjawi.
Dziewczynki skinęły głowami i ruszyły w kierunku wioski, chociaż nie miały zadowolonych min. Może same chciały się dowiedzieć kto ich śledził, albo czy ich nauczycielka i opiekunka wróciła cała i zdrowa.
Spojrzałem na chłopca, który nie ruszył się nawet o krok.
- Czy ktoś was zaatakował jak uciekaliście, albo śledził? – zapytałem.
Chłopiec skinął głową.
- Sensei kazała mi dopilnować byśmy dotarli bezpiecznie. Pozwoliła mi… – dodał, głos mu się załamał i starał się przełknąć łzy tak, by nie wypłynęły z jego oczu.
Czasem patrząc na jego umiejętności i geniusz, łatwo było zapomnieć, że był jedynie małym chłopcem. Nawet jego niski wzrost i drobna budowa nie rzucały się tak bardzo w oczy, gdy patrzyło się na niego podczas ćwiczeń.
Skinąłem mu głową.
- Chodźmy do Hokage – rzekłem mu – Sensei zaraz wróci – dodałem, choć sam już zaczynałem się martwić.
Zezwolenie, które dała Yahiko, sugerowało, że sytuacja była bardzo poważna. Mimowolnie przed oczami pojawiła mi się umierająca na kanapie Uchihy dziewczyna, z przed siedmiu lat. Poczułem, że teraz nie mógłbym patrzeć na to tak obojętnie, jak wtedy.
Nim jednak zdołaliśmy zrobić chociaż krok, przy bramie zjawił się sam Hokage, a chwilę później Uchiha. Tłum zdołał się przerzedzić, albo został przepędzony przez strażników, dzięki czemu pod bramą zostało tylko nasze nieliczne grono.
Chłopczyk nagle skoczył w stronę Itachi’ego, po czym opanował się i podszedł do niego spokojniej. Zaśmiałem się w duchu na ten widok. Ten chłopiec swoją odpowiedzialnością przewyższał się cztery razy. Był nad wyraz opanowany i ostrożny jak na swój wiek. To kolejny  powód, dla którego można było zapomnieć ile tak naprawdę miał lat.

***
Obudził mnie dziecięcy płacz. Znudzony leniwie otworzyłem powieki, zupełnie nie przejęty tym niecodziennym dźwiękiem. Zupełnie jakbym do niego przywykł, jakbym słyszał go od dawna.
Podniosłem się od siadu i zauważyłem na poduszce obok mnie burzę granatowych włosów. Włosów należących do kilkuletniego dziecka.
- Gdzie mama? – po pokoju rozniósł się dziecięcy głos.

Obudziłem się zlany potem jak po jednym z najgorszych koszmarów. Co to było? Co to miało znaczyć?

***
Zdążyło się ściemnić nim Hanami wyskoczyła z lasu na drogę prowadzącą do bramy Konohy. Wbiegła szybko przez ogromne wrota, zdając się nas nie zauważać. W ostatniej jednak chwili się zatrzymała, gdy przed jej oczyma wyrósł Hokage.
Była cała. Choć mogłem zauważyć kilka rozcięć w jej kostiumie oraz niewielkie zadrapania na białej masce.
- Hokage-sama! Co pan tu robi? – zapytała dosyć głośno.
Nawet zdenerwowanie i pośpiech nie mogły jej wytrącić z roli jaką grała.
- Usłyszałem, że was śledzono, więc przyszedłem byś mogła jak najszybciej złożyć raport. Usłyszałaś od nich coś ciekawego? – zapytał Naruto.
- Nie byli zbyt rozmowni. Lecz po krótkiej perswazji, zdradzili mi co nieco. Na Konohę planowany jest atak. Śledzili nas ludzie z Oto-gakure. Chyba spiknęli się z Madarą i razem zaplanowali coś wielkiego.
Naruto zamilkł i powoli rozmasował skronie. Nie wyglądał na zaskoczonego człowieka. Wyglądał na człowieka, który był na to przygotowany.
- A więc się zaczęło – rzekł po chwili Itachi. – Wiesz, co należy robić – dodał, kierując swe słowa do Hokage.
- Czy zdradzili mniej więcej o której rozpoczną atak? – zapytał dziewczynę.
- Owszem, a nawet zaprosili mnie na herbatkę! – rzekła ironicznie – Nie podali dokładnej godziny, ale myślę że mamy czas co najmniej do południa. Planują zrobić wielkie BUM, a w południe najwięcej mieszkańców będzie znajdować się poza domem. I będzie podatne na atak – wytłumaczyła Hanami.
- Dobrze. Zarządzę ewakuację. Póki co, wracajmy wszyscy do domów – rzekł i ruszył w stronę swojego gabinetu.
- Wszystko w porządku? – zapytał Itachi, gdy nikogo więcej nie było w zasięgu słuchu.
- W jak najlepszym – odpowiedziała Hanami. – Zajmiesz się Yahiko?

***
- Robiłeś herbatę – stwierdziła Hanami, gdy tylko minęła próg naszego domu.
Zupełnie zapomniałem, że ziołowa herbatka białowłosej, ma tak intensywny zapach, że pozostaje on na długo po zaparzeniu.
- Tak – przytaknąłem, by jakoś podtrzymać rozmowę.
- Co tam tak właściwie się wydarzyło? – zapytałem, pomagając jej zdjąć kamizelkę, gdyż jej usilne próby sprawiały jej ból.
- Nic ciekawego. Jak mówiłam, nie byli skorzy do rozmowy i musiałam użyć perswazji. Kilku z nich opierało się sile moich argumentów, ale w końcu i oni ulegli.
- Czy wszystko na pewno jest w porządku? – dopytywałem, wcale nie mając na myśli jej obrażeń fizycznych.
- A jak mam się czuć, wiedząc, że moja wioska niedługo zostanie zaatakowana z mojego powodu? – powiedziała, poczym spojrzała na moją twarz ze ściągniętymi ze złości brwiami. – Uwierz mi, Madara przychodzi tutaj tylko i wyłącznie po mnie. Bo uciekłam śmierci z jego rąk przy naszym ostatnim spotkaniu.
Spojrzałem na nią niepewnie, po czym powoli przesunąłem dłonią wzdłuż twarzy. Westchnąłem głęboko.
Usiadłem na krześle naprzeciw niej i oboje trwaliśmy w ciszy przez dłuższy czas. Wiedziałem, że już niedługo skończy się nasze udawanie, a ona wróci tam skąd przyszła, albo tam gdzie udać się miała nim ocalono jej życie. Nadchodził koniec naszej zabawy w rodzinkę, a ja nie byłem pewien czy czuję ulgę z tego powodu. Mimo moich mieszanych uczuć, nie mogłem wydusić z siebie słowa, ona zresztą tak samo. Siedzieliśmy w ciszy, w kuchni, oświetlonej słabym światłem, wśród woni ziołowej herbaty unoszącej się w powietrzu.
- Powinniśmy położyć się spać – rzekłem po chwili. – Jutro zapowiada się intensywny dzień. Dasz radę sama się opatrzyć, czy potrzebujesz mojej pomocy? – zapytałem.
Dziewczyna pokręciła przecząco głową, ale nie ruszyła się z miejsca nawet o milimetr.
- Ryūhei – wyszeptała po chwili, po czym spojrzała w moje oczy. – Dziękuję Ci za wszystko co dla mnie zrobiłeś i przepraszam, że straciłeś przeze mnie tyle lat – dodała, po czym wstała z krzesełka i znikła za drzwiami swojego pokoju.
Zostałem w kuchni, jak przyszpilony do krzesła jej słowami. Byłem zły na nią, że to powiedziała. Zły na Madare, że nasza gra się skończy. Byłem zły na siebie, że ją pokochałem, mimo iż kochać jej nigdy nie mogłem.

***
Konoha wypustoszała do południa. W mieście pozostali jedynie Ci, którzy byli wstanie stanąć w obronie wioski. Ci, którzy byli dojrzali na tyle by walczyć, lub leczyć rannych. Wszelkie kobiety, dzieci, starszych oraz tych, którzy nie byli w stanie stanąć do boju, bezpiecznie ewakuowano z wioski. A po ulicach niegdyś tętniących życiem, hulał pełen napięcia wiatr.
Stałam na dachu jednego z budynków, uważnie rozglądając się po horyzoncie. Obok mnie stał Minato, który również obserwował linię dachów wyszukując czegoś, co mogłoby sugerować atak.
- Sensei! – usłyszałam za plecami i zaskoczona odwróciłam się w kierunku głosu.
- Yahiko, co ty tu robisz? Powinieneś być z innymi dziećmi – warknęłam wyraźnie podirytowana.
- Ale… - zaczął tłumaczyć się chłopczyk, lecz ja go nie słyszałam, sparaliżowana tym co właśnie odczułam.
Poczułam coś, czego się obawiałam poczuć. Coś, przed czym uciekałam od tylu lat. Poważnie przerażona spojrzałam na chłopca i mojego przyjaciela.
- Zabierz go stąd Minato – powiedziałam przerażonym głosem, z niekrytym błaganiem w oczach.
Modliłam się tylko, bym nie musiała go spotkać. By moje uczucie było błędne. Bym się pomyliła z powodu napięcia przed atakiem.

***
Zamarłem w pół kroku. Znajdowałem się w tej wiosce. W Konosze. Nie byłem tu od wielu lat, lecz teraz wkroczyłem ponownie w jej progi, wiedziony przez mojego ojca. Obiecał mi, że tutaj dokonam mej zemsty. Że tutaj, wszystko się skończy. Lecz nie powiedział mi o tym, co teraz poczułem. Nie przewidział takiej ewentualności. A to była przecież Jej wioska.
Zamarłem w pół kroku, gdy poczułem to czego czuć już nigdy nie powinienem. Nacisk. Delikatny nacisk na mój umysł, który wywrzeć mogła tylko ona. Poczułem coś co napełniło mnie nadzieją i strachem. Nadzieją, że może jednak nigdy nie umarła, że żyje i ukrywa się tutaj. Strachem, bo nie byłem pewien co jej zrobię, gdy moje nadzieje okażą się prawdą.
Nie bacząc na nikogo, wskoczyłem na najbliższy dach i ruszyłem w kierunku, w którym wyczuwałem jej umysł. Mimo, iż skutecznie starał się ukryć, nie mógł zrobić tego przede mną. To jednak udowodniło mi, że moje nadzieje nie mogły być błędne. Ona tu była. Ona żyła. I próbowała się przede mną schować.
Zatrzymałem się na dachu na którym stała samotna postać. Jej długie włosy związane w kucyk, rozwiewał delikatny wietrzyk. Ubrana była w kostium jōnina, z gildyjną maską Skrytobójcy uczepioną przy udzie. Wpatrywała się we mnie błyszczącymi szarymi oczyma, a jej usta uśmiechały się delikatnie. Postarzała się. Już nie była tą samą dziewczyną, którą widziałem ostatnim razem w moim łóżku. Postarzała się i zmieniła. I była jeszcze piękniejsza, choć myślałem, że nie było to możliwe.
- Tori – wyszeptała cicho z zachwytem, z miłością, tęsknotą i przywiązaniem w głośnie. A dźwięk mojego imienia wypowiedzianego przez nią w ten sposób, zadziałał na mnie aż nad to.
W jednej chwili znalazłem się przy niej i przepełniony furią chwyciłem za jej wątłą szyję, zacisnąłem na niej swoje palce i uniosłem jej delikatne ciało nad ziemię. Jej oczy wypełniły się przerażeniem, dłonie zacisnęły na moich palcach. Lecz nie walczyła, nie szarpała się. Pozwoliła się dusić jak szmaciana lalka. Pozwoliła mi wyładować na niej swój gniew.
- Oszukałaś mnie – warknąłem po chwili, przez zaciśnięte zęby. – Pozwoliłaś mi wierzyć, że nie żyjesz, pozwoliłaś mi obwiniać Yoshito za swoją śmierć. Pozwoliłaś mi cierpieć, tęsknić i nienawidzić cię. Dlaczego mi to zrobiłaś? Dlaczego musiałaś być taka okrutna? Kim jesteś by mi to robić? – warczałem, wyrzucając z siebie wszystko co kumulowało się we mnie przez te wszystkie lata, to wszystko co mnie gnębiło i paliło. Co sprawiało, że cierpię, że cierpiałem.
Zaciskałem palce mocniej. Jej twarz siniała, a w oczach, w tych dużych pięknych szarych oczach pojawiły się łzy. Lecz nie powiedziała ani słowa. Nie wyrywała się. Przyjmowała wszystko co mówiłem, pozwalała mi się na niej wyżyć. A to sprawiało, że denerwowałem się jeszcze bardziej.
Nagle poczułem ból, gdy mały kamyk z rozpędem uderzył w mój policzek. Przepełniony morderczą furią, powoli odwróciłem twarz w stronę z której nadleciał, gotowy zabić każdego, kto przeszkodził mojemu ponownemu spotkaniu z Hanami.
Zauważyłem, że dziewczyna również odwróciła głowę i zamarła.
- ZOSTAW MOJĄ MAMĘ W SPOKOJU! – usłyszałem głos dziecka, które stało niedaleko nas, z dłonią pełną kamyków.
Przeniosłem mordercze spojrzenie z powrotem na dziewczynę, a na mojej twarzy pojawił się demoniczny uśmiech. Czułem, jak Shi w moim dziele porusza się demonicznie, gotowy wyskoczyć w każdym momencie.
- A więc uciekłaś ode mnie i schowałaś się w tej pierdolonej wiosce, by bawić się w pieprzoną rodzinkę z jakimś frajerem!?! Co? Komu dałaś? Kto jest szczęśliwym tatusiem? Gadaj! – wrzasnąłem jej w twarz i z furią zacisnąłem jeszcze bardziej dłoń.
Czułem jak coraz ciężej oddycha, widziałem, że staje się coraz bladsza, a jej oczy wypełniają się czerwonymi żyłkami. Lecz nie patrzyła na mnie, nie zwracała na mnie uwagi.
Jej wzrok skupiony był na jej bękarcie. Jej przerażone spojrzenie spoczywało na tym przebrzydłym bachorze, przez którego ją straciłem.
- Yahiko, nie…! – wychrypiała nagle, co zwróciło moją uwagę.
Ponownie spojrzałem na chłopca i zamarłem. Stał w tym samym miejscu, otoczony unoszącymi się w nicości kamykami, które przed chwilą tkwiły w jego ręce. A jego oczy nie były takie jak wcześniej. W jego oczach lśnił Rinnegan.
Moja dłoń mimowolnie się rozluźniła, a dziewczyna z hukiem upadła na ziemię. Słyszałem jak walczy o oddech, lecz nie docierało to do mnie. Świat wokół mnie zanikł. Pozostałem tylko ja i chłopiec, kamienie wokół niego, burza granatowych włosów i Rinnegan lśniący w jego oczach.
To byłem ja. Ja byłem tym przydupasem. Ja byłem szczęśliwym tatusiem. A ona zabrała moje dziecko i ukryła się. Zadbała o to bym nie dowiedział się o jego istnieniu, bym żył w przekonaniu, że umarła. Że jestem sam.
Ale czy to się liczyło? Nie byłem sam. Żyła. Żyła, a ja nie byłem w stanie, nawet w złości, ukryć faktu jak bardzo mnie to cieszyło. Żyła i urodziła moje dziecko, ucząc go używania umiejętności jego oczu. Żyła i nadała dziecku imię „Yahiko”, by uczynić tym radość mojemu ojcu. Znaczyć to mogło, że nigdy o mnie nie zapomniała, że zawsze mnie kochała. Tak jak i ja zawsze ją kochałem.

- Cóż za wzruszające spotkanie po latach – usłyszałem nagle drwiący głos, a jakaś postać pojawiła się zaraz za chłopcem.
Czerwone oko błyszczało złowrogo na ukrytej pod maską twarzy. Szyderczy głos mężczyzny rozniósł się echem po okolicy, a jego śmiech zadrżał w moich kościach, gdy rozbawiła go reakcja dziewczyny, która zamarła z przerażenia.
- Witaj Hanami, dawnośmy się nie widzieli – rzekł rozbawionym głosem, a ja pojąłem kim był i co zrobił.
W jednej chwili zapragnąłem go zabić. W końcu to na nim miałem się zemścić. Dla tej zemsty tyle poświęciłem.
- Pamiętasz zapewne jak na naszym ostatnim spotkaniu zapewniłem Cię, że doprowadzisz mnie do Tori’ego? Widzisz! Miałem rację – drwił. – Ile to lat żyłaś w przekonaniu, że przez Ciebie zabiję twojego ukochanego?
- Widzisz malutka – kontynuował swój szaleńczy wywód. – Po co mi twój kochaś i jego oczy, skoro mogę mieć Rinnegana z domieszką krwi klanu Uchiha i Shin. Skoro mogę mieć oczy twojego ukochanego dziecka?
Dziewczyna zamarła, niezdolna do ruchu, przyszpilona do ziemi jego słowami. Ja również nie mogłem ukryć swojego przerażenia. Czyżby przez to mnie opuściła. Przez to, że bała się, że zginę?
- Myślałaś, że uciekając tutaj udaremnisz mój plan lecz tak naprawdę zawsze działałaś według niego. Teraz nie dość, że dostanę oczy waszego dzieciaka, to zniszczę jeszcze tę przeklętą wioskę! – wrzasnął jak szaleniec na całe gardło i zaniósł się demonicznym śmiechem.
Ten człowiek był szalony. Lecz trzeba mu było przyznać, że do tego był cholernie przebiegły, cierpliwy i skuteczny.
W jednej chwili złapał chłopca w swoje ręce i zniknął. Usłyszałem przerażający krzyk bezsilności, wyrywający się z krtani białowłosej. Złapała się za głowę, szarpiąc włosy i płacząc. Jeszcze nigdy nie widziałem jej w takim stanie. Jeszcze nigdy nie widziałem jej tak płaczącej. W tym momencie, miałem ochotę zabić każdego, przez którego tak cierpiała. Nawet jeśli musiałbym zabić samego siebie.
Ukląkłem obok niej i chwyciłem jej, targane spazmami szlochu ciało w ramiona. Jej głowa opadła bezwładnie na moje ramię, a rzewne łzy moczyły mój płaszcz.
- Zabij go – warknęła po chwili, odsuwając się ode mnie na długość wyprostowanych ramion i chwytając mój płaszcz w swoje małe dłonie. – Zabij go. I przyprowadź do mnie z powrotem nasze dziecko – rzekła z determinacją w głosie, a jej oczy wypełniły się furią.
To była Hanami, którą znałem. To była Hanami, którą kochałem. Dla niej, mógłbym zrobić wszystko.

Skinąłem głową, po czym się teleportowałem.

***
Wiem, że rozdział został opublikowany po bardzo długiej przerwie i nie wiem jak mam za to przeprosić ;/ Im bliżej do końca, tym bardziej nie chce mi się pisać, a przez studia nie mam zbytnio czasu ani ja, ani mój korektor.
Następny rozdział powoli się pisze, ale na wszelki wypadek nie będę przewidywać kiedy go skończę... ;/

Życzę wszystkim wesołych, spokojnych i szczęśliwych świąt. Spełnienia najskrytszych marzeń i wszystkiego najwspanialszego, a także udanego i wystrzałowego Nowego Roku ;)

Pozdrawiam, Hanami

Rozdział 46 - Spotkanie po latach

Wyszłam z ciemnych korytarzy i oślepił mnie blask porannego słońca. Lekko mrużąc oczy podeszłam do siedzącego nieopodal na kamieniu Yoshito. Ten wyczuł mnie szybciej niż zauważył i nim zdołałam do niego dotrzeć, odwrócił się w moim kierunku z gniewnym spojrzeniem.
- Spóźniłaś się – warknął, marszcząc przy tym brwi.
- Wybacz, byłam zajęta – rzuciłam mimochodem i skierowałam się w stronę jeziora, by kumulując chakrę w nogach przejść po jego powierzchni.
- Och... wierz mi, cała jaskinia słyszała, jak godziłaś się ze swoim Adonisem – warknął niby od niechcenia, ruszając moim śladem.
Zaśmiałam się cicho pod nosem nie speszona jego słowami.
- Wyglądasz na poobijaną. Sądząc po waszych wczorajszych wrzaskach, dziwię się, że jesteś dzisiaj w stanie chodzić. Chyba się nie postarał – mówił dalej.
Zatrzymałam się w pół kroku, przez co z impetem we mnie uderzył.
- Zazdrosny jesteś? – zapytałam, odwracając się w jego stronę i mierząc go morderczym spojrzeniem. – Jesteś zazdrosny o to, że moje zdrowie psychiczne poprawiło się dzięki niemu, a nie tobie? Męczy cię to? – pytałam, splatając jednocześnie dłonie na piersiach.
Chłopak mruknął coś pod nosem, po czym wyminął mnie, ostentacyjnie uderzając barkiem.
- Pospiesz się – warknął i wskoczył na najbliższe drzewo.
Po tafli jeziora echem odbił się mój śmiech, gdy rozbawiona podążyłam jego śladem. Zastanawiające było dziwne zachowanie chłopaka, lecz on nigdy nie wydawał się normalny – jak to rodzina.
Z głupkowatym uśmiechem na ustach biegłam zaraz za nim, nie przejmując się poobijaną twarzą i ciałem, które były pozostałościami po mojej wczorajszej gorącej nocy z Torim.

***
Wolnym krokiem wszedłem do kuchni, rzucając się ku lodówce w poszukiwaniu jedzenia. Wczorajsza noc dawała mi się we znaki, zwłaszcza biorąc pod uwagę poobijane ciało, obolałą szczękę i głód. Byłem strasznie głodny, zupełnie jakby Hanami wyssała ze mnie całą energię, łącznie z sytością. Chociaż nie powiem, że nie było to przyjemne.
Usłyszałem ciche kroki i po chwili do pomieszczenia wszedł Sasuke. Czułem wręcz jego zimne i ostre spojrzenie przeszywające moje plecy. Czułem niewymowną wrogość emanującą z jego osoby.
- Mówiłeś, że nie wróciłeś tu dla niej – rzekł po chwili, a ja mimowolnie zatrzymałem się w pół kroku.
Miał rację, mówiłem tak i przyszedłem tutaj właśnie z taką intencją. Jednak moje plany potoczyły się inaczej. Nie powiem, żebym narzekał na taki obrót rzeczy, gdyż cholernie za nią tęskniłem.
- Bo to prawda. Nie wróciłem tu dla niej… to przypadek – rzuciłem.
Nagle poczułem zimne ostrze kunaia przy szyi, a rozwścieczony głos Sasuke przeciął powietrze tuż obok mojego ucha.
- Skrzywdź ją, a cię zamorduję. Hanami nie jest bonusem do wygranej. Ona jest wygraną i dobrze o tym wiesz – warknął, po czym oddalił się jak gdyby nigdy nic i zniknął, jakby go tu wcale nie było.
Odłożyłem trzymaną kromkę chleba i zacisnąłem dłonie na kantach blatu. Napiąłem wszystkie mięśnie, po czym odetchnąłem głęboko.
Miał rację, Hanami nigdy nie była dodatkiem do czegoś i ja dobrze o tym wiedziałem. Nie mogłem się jednak przyznać do tego, że przyszedłem tutaj mając nadzieję, że nie wyszła za mąż. Sam ją przecież po to opuściłem. Ale czy teraz było to ważne? Już sam nie pamiętałem, dlaczego tak właściwie odszedłem.
Zdenerwowany na samego siebie, na Sasuke, na Hanami za to, że wczoraj do mnie przyszła, opuściłem kuchnię rezygnując z robionej przed chwilą kanapki. Swe kroki skierowałem ku wyjściu, jednocześnie grzebiąc w kieszeniach w poszukiwaniu papierosów. Zimna podłoga korytarzy boleśnie kłuła moje nagie stopy, ale chłód ów skutecznie orzeźwiał myślenie. Musiałem pomyśleć.
Jakby nie patrzeć, wciąż nie znalazłem tego, którego szukałem. Jego znalezienie wymagało połączenia sił z moim ojcem, a ja do tej pory nie zdobyłem się na to, by z nim o tym porozmawiać. Nadszedł jednak czas, by w końcu to zrobić. Tylko dzięki temu będę mógł być razem z Hanami.

***
- Pospiesz się – warknął chłopak, przeskakując z gałęzi na gałąź.
- Powtarzasz się – rzuciłam, zaczynając się powoli denerwować jego zaciętą taśmą. – Co jest takiego ekscytującego w tych ruinach, że aż palisz się do tego, by zaprowadzić mnie tam jak najszybciej ? – zapytałam.
- Po prostu chcę jak najszybciej wrócić – rzucił, urywając w ten sposób rozmowę.
- W sumie trochę to dziwne. Skoro cały czas wiedziałeś, gdzie znajdują się ruiny, dlaczego wcześniej mnie tam nie zaprowadziłeś? Nie uwierzę, że nie pomyślałeś o tym, że chciałabym je odwiedzić – rzekłam w kierunku jego pleców, lecz nie doczekałam się odpowiedzi.
Typowo, jeżeli jakieś pytanie może sprawić, że mężczyzna wyjdzie na idiotę, to asekuracyjnie owo pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Irytujące, gdyż czasami nie można po prostu prowadzić z nimi nawet znikomej konwersacji. Jeśli połączyć to spostrzeżenie ze wszystkimi męskimi przemilczeniami, jakich doświadczyłam, można dojść do wniosku, że Sasuke i Pain są idiotami. Kto jak kto, ale to oni najczęściej zbywają mnie bez odpowiedzi.
- Pokaż tę mapę – rzekł po chwili Yoshito zatrzymując się, przez co tym razem ja wpadłam z impetem w jego plecy. Byłam przekonania, że uczynił to rozważnie, by zemścić się na mnie za jego wpadkę.
Balansowaliśmy chwilę na krańcach gałęzi, by utrzymać równowagę i nie spaść niekontrolowanie na ziemię. Gdy udało nam się ponownie stanąć pewniej na gałęzi, mrucząc na chłopaka przekleństwa pod nosem wypieczętowałam mapę klanów.
- Spójrz – powiedział, wyrywając mi ją z ręki i energicznie rozwijając – tu są ruiny klanu – dodał, wskazując na jeden z symboli wyrysowanych na mapie. – Znajdują się daleko nad Takigakure. Dodając do tego to, że do Takigakure mamy całkiem spory kawałek od tego zapomnianego przez ludzi miejsca, to wychodzi na to, że cholernie długa droga przed nami – mówił, denerwując się coraz bardziej. – Może więc łaskawie przestałabyś gadać i ruszyła swoją dupę, byśmy znaleźli się tam jak najszybiej. Mogłabyś zrobić chociaż tyle?
Spojrzałam na niego rozbawionym wzrokiem. Już dawno nikt mnie nie strofował w jakikolwiek sposób. Było to swego rodzaju zapomniane, a jednocześnie nowe doświadczenie.
Zabrałam mapę z jego rąk, ostrożnie ją zwinęłam i ponownie zapieczętowałam. Nie mówiąc ani słowa ruszyłam biegiem, przeskakując z gałęzi na gałąź, w kierunku wodospadu. Słyszałam jak chłopak, wyklinając pod nosem, ruszył za mną.

***
W dwa dni po opuszczeniu Jaskini dotarliśmy do Takigakure. Kolejny dzień zajęło nam dotarcie w pobliże ruin. Drogę przemierzaliśmy w ciszy, odpoczywając jedynie kilka godzin nocami. Nie odzywaliśmy się do siebie za wiele, jedynie proste komentarze i komendy wznowienia marszu. Był to niezwykle uroczy spacer z kuzynem – pierwszy raz miałam do czynienia z jego cichą osobowością. Zupełnie jakby był na mnie zdenerwowany.
Czwartego dnia rankiem weszliśmy na obrzeża klanowych ruin i zagłębiliśmy się w korytarzach rozwalonych uliczek, kierując się ku głównemu domowi.
Zaskakujące, że zarówno klan Uchiha, jak i siedziba klanu Shin, zbudowane była na planie prostokąta. Od głównej bram odchodziła główna ulica, wzdłuż której po obu stronach wybudowane były domy w starym stylu. Na jej końcu znajdował się główny dom. Jednakże teraz cała główna ulica była w gruzach i niemożliwym był spacer przez nią.
Cały klan prezentował się okropnie. Niegdyś dumne, wybielane domy straszyły teraz swoimi zwęglonymi Resztkami. Ulice, stare ogrody, a nawet wnętrza domów zarośnięte były chaszczami nieprzebytej roślinności, tworząc swego rodzaju ceglano-drewniano-roślinną dżunglę. Ruiny wyglądały tak, jakby były nieodwiedzane od wieków, jednak, wbrew pozorom, na ulicach i w domach nie widać było żadnych starych kościotrupów, jako pozostałości po masakrze, która miała tutaj miejsce.





- Ciała zostały pochowane – rzekł nagle Yoshito, jakby czytając mi w myślach. – Rodzice moich rodziców się tym zajęli.
Skinęłam głową, choć wiedziałam, że nawet nie zauważył mojego gestu.
Ruiny były opustoszałe i wyglądały jak ciało człowieka zniszczone trawiącą go chorobą. Pozostałości domów, rozsypane i gdzieniegdzie sterczące, jak powykręcane kikuty kończyn, czerwone plamy na zwęglonych ścianach niezmyte przez tysiące deszczy, niczym ślady po palącej gruźlicy. Wyglądało to upiornie i taka też panowała tu atmosfera. Cierpienia, smutku i żałości. Z gniewu zawrzała we mnie krew.
Dotarliśmy do głównego domu, który jako jedyny zachował się w miarę godnie. Honorowo stał w głównym punkcie gruzowiska, zwęglony, w kilku miejscach pozbawiony dachu, lecz niestrudzony.
Przeszliśmy przez wyrwane dawno temu z zawiasów drzwi i od razu w nasze nozdrza uderzył zapach stęchlizny. Powoli kroczyliśmy po podmokłej, drewnianej podłodze, bojąc się o to, by dach nagle nie zwalił się nam na głowę, zamykając nas w pułapce bez wyjścia.
Yoshito szedł przed siebie, jakby dobrze wiedział, gdzie idzie. Jakby miał cel ukryty we wnętrzu domu. Być może starał się pokazać mi pozostałości po mieszkaniu albo starał się bezpiecznie mnie przez nie poprowadzić, jednak mój dodatkowy zmysł, który obudził się, gdy tylko weszliśmy na obrzeża klanu, starał się mnie przed nim ostrzec. Podświadomie czułam, że szykuje się coś złego. Mimo to, sama nie wiem czemu, postanowiłam wkroczyć razem z nim przez jedyne zachowane drewniane drzwi. Zupełnie nie zastanawiałam się nad tym, że miały one świeże i nowe zawiasy, oraz świetnie zachowaną mosiężną klamkę. Zupełnie jakby była nowa.
Za drzwiami zastaliśmy duży pokój o białych ścianach rażących w oczy swą czystością, na których zawieszone były portrety. Na jednej ze ścian mężczyzn, a naprzeciw nich, rozkosznymi uśmiechami witały nas wizerunki kobiet. Mimo, iż wiedziałam je po raz pierwszy, nie trudno było doszukać się w nich pokrewieństwa. Białe lub czarne włosy, szare lub czarne oczy – wszyscy oni pochodzili z kraju Shin. A na ścianie najbliżej drzwi wisiał wizerunek mojej matki i mnie.
- Co to jest? – zapytałam chłopaka, lecz tak jak zazwyczaj nie doczekałam się odpowiedzi.
Na końcu pomieszczenia zauważyłam ogromne krzesło, niczym tron, na którym wygodnie wylegiwała się jakaś postać. Postać, z którą kiedyś miałam już do czynienia. Wiedziałam to. Spojrzałam niepewnie na białowłosego, lecz jego spojrzenie niestrudzenie wpatrzone było w intruza.
- Kim jesteś? – zapytałam, robiąc krok do przodu.
Odpowiedział mi przerażający, wręcz mrożący krew w żyłach, męski śmiech.
- Och, Hanami. Miło cię znowu widzieć – usłyszałam jego ostry głos, a ten wstał i zaczął powoli do mnie podchodzić.
Ubrany był w czarny płaszcz i dziwną pomarańczową maskę na twarzy. Jedyne odkryte oko świeciło się diabelską czerwienią. Widziałam go już wcześniej. Kiedyś, gdy byłyśmy małe próbował ukraść oczy Aanami.
- Czego chcesz? – warknęłam, napinając wszystkie mięśnie w gotowości.
- Och… - westchnął ponownie w irytujący sposób – Dlaczego od razu przechodzisz do konkretów? Widzimy się po tak długim czasie, dlaczego więc nie zapytasz mnie najpierw o zdrowie? – zapytał.
Prychnęłam.
- Ostatnim razem, gdy cię widziałam – zabiłam cię. Wierz mi, że mogę zrobić to ponownie – rzekłam. – Czego chcesz?
- Niby zabiłaś, a jednak żyję. Wierzę jednak, że nie obchodzi cię to, dlaczego tak się stało i kim jestem. Chcę tylko jednego i wciąż tego samego – powiedział.
- Nie dostaniesz oczu Aanami! – warknęłam pewnie, lecz jego szczery śmiech zbił mnie z tropu.
- Urocza jesteś. Już chyba wiem, co wszyscy w tobie widzą. Kochaniutka moja mała, pragnę cię poinformować, że nigdy nie chodziło mi o oczy twojej siostrzyczki – stwierdził.
Wpatrywałam się w niego oniemiała.
- O co więc… - zaczęłam.
- Dlaczego miałbym ci powiedzieć? – zapytał, a mnie ponownie zamurowało.
W sumie miał rację. Nie miał najmniejszego powodu, by informować mnie o swoich nikczemnych planach, wiedząc że mogłabym mu choć trochę w nich przeszkodzić.
- Ale wiesz co, maleńka? – zapytał nagle tak przerażającym tonem, że mimowolnie zrobiłam krok w tył. – Powiem ci, bo cię lubię – dodał, chichocząc niczym nastolatka świergocząca o swojej miłości.
Nagle straciłam swoją pewność co do tego, że chciałabym to wiedzieć.
- Widzisz… uknułem taką maleńką intrygę – zaczął, a od tonu jego głosu stanęły mi włosy na rękach. – W całym tym zamieszaniu z oczami Aanami, tak naprawdę chodziło o twoje oczka – rzekł. – Tylko w ten sposób mogłem przebudzić twojego Shinsongana. Prawdę powiedziawszy, najpierw sądziłem, że ma go twoja siostra, więc rzeczywiście przez chwilę mogło mi chodzić o jej oczy, lecz ostatecznie osiągnąłem swój cel. Twoje oczy zyskały moc i ku mojemu szczęściu okazałaś się użytkownikiem białych Oczu Śmierci. Rozkosznie, nieprawdaż? Wszystko układało się zgodnie z moim planem – rzekł – lecz… twoja matka trochę zamieszała tym całym swoim umieraniem.
- Niby dlaczego? – warknęłam, nagle odzyskując zdolność mówienia.
- Umarła i pokrzyżowała moje plany. Widzisz… tak naprawdę nie chodziło mi o twoje oczy. Owszem, pośrednio były one w centrum mojego zainteresowania, lecz ich zdobycie nie było moim głównym motywem – zaczął ponownie.
Byłam pewna, że kluczy wokół tematu tylko po to, by mnie zmylić. Może również starał się być tajemniczy.
- A co nim było? – zapytałam.
- Tori. Znaczy nie on, a jego oczy. Wiedziałem, że zwiążesz się z nim. Białe Oczy Śmierci parują się i mutują, nawet bardziej, niż czarne. Dlatego tak istotnym było to, byś je odziedziczyła. A teraz, skoro twoje oczy zmutowały z jego, mogę śmiało pozyskać najpotężniejszego Rinnegana, jakiego kiedykolwiek spotkano. I nic nie stanie mi na przeszkodzie – rzekł.
- Nigdy nie dostaniesz jego oczu! – krzyknęłam, ponownie nabierając odwagi i buntowniczo robiąc krok w jego stronę.
Mężczyzna nie przejmując się mną stanął przy portrecie mojej matki i delikatnie pogłaskał jej malowane oblicze po policzku.
- Tak myślisz? – zapytał tajemniczo, po czym nagle zwrócił swoje czerwone oko w moim kierunku. -  Mylisz się. Sama mnie do niego doprowadzisz. A ponadto będziesz przy mnie, gdy będę go używał – powiedział.
- Prędzej umrę… - zaczęłam, lecz przerwał mi ze śmiechem.
- Zrobisz to, tak jak twój kuzyn. Będziesz mi służyć. A wiesz dlaczego? – zapytał, lecz sam sobie odpowiedział, nim zdołałam nawet zareagować. – Ponieważ wiem, kto jest odpowiedzialny za wybicie waszego klanu.
- To nigdy nie będzie dla mnie motywacją do zdrady Toriego! Zresztą, Yoshito również ci nie służy! – warknęłam.
- Ach tak? W takim razie, jak myślisz, kto zabił twojego ukochanego, gildyjnego Mentora? – zapytał, a ja straciłam swoją pewność siebie. – Ta miłostka wadziła mojemu planowi i musiałem ją usunąć. Jedynie Yoshito mógł go zaskoczyć na tyle, by móc go zabić. Spisał się niesamowicie, nie sądzisz?
Spojrzałam pytającym wzrokiem na kuzyna, lecz z samej jego postawy wyczułam, że obcy mówił prawdę. Jego postawa na baczność, dłonie splecione za plecami i wzrok wbity w intruza świadczył o tym, że działał on z jego rozkazu. Yoshito był zdrajcą i sprzedał mnie, by dowiedzieć się, kto wybił nasz klan. Zapłonęła we mnie nienawiść do tego przebiegłego tchórza. Bo był tchórzem, poddając się takiej osobie!
- Skoro nie chce po dobroci, zmusimy ją – stwierdził nagle mężczyzna do mojego kuzyna. – Bierz ją!
Chłopak błyskawicznie znalazł się za moimi plecami i zablokował moje dłonie jedną ręką, by drugą przyłożyć kunai do mojej szyi.
- Twoja ślepa wiara wpakowała cię w paszczę lwa – stwierdził mężczyzna i odwrócił się w stronę krzesła-tronu.
- Kto za tym stoi? Kto stoi za wymordowaniem naszego klanu? – zapytał ostro Yoshito, miażdżąc oddechem powietrze przy moim uchu.
Pytanie sprawiło, że nieznajomy zatrzymał się w połowie kroku i powoli odwrócił w naszą stronę. Ponownie się zaśmiał, co zaczynało mnie powoli irytować, bo ile można się śmiać bez powodu?
- Naprawdę jeszcze się nie domyśliłeś? Och, jesteś taki głupiutki – rzekł. – Przecież powiedziałem przed chwilą, że chodziło mi o najpotężniejszego na świecie Rinnegana. Początkowo chciałem więc użyć Sakury i Nagato. Kazałem więc feudałowi z Trawy wymordować wasz klan i wykradłem niemowlę. Jednak ona miała czarne Oczy Śmierci. Wiesz, ta głupia zasada pięćdziesiąt na pięćdziesiąt w przypadku dziedziczenia – odpowiedział, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Musiałem więc skorzystać z planu „B”. Wprowadziłem Sakurę do Wioski i związałem z moim klanem – owszem, Hanami, jestem z klanu Uchiha – dzięki temu dostałem twoją kuzyneczkę.
Usłyszałam, jak oddech białowłosego przyspiesza z gniewu, a ręka dzierżąca kunai przy mojej szyi zaczęła drgać. Modliłam się o to, by ze złości przez przypadek mnie nie zadrasnął. To nie byłaby honorowa śmierć.
- Jak niby mogłeś wpłynąć na nasze poczęcie? – zapytałam, ignorując zimne ostrze kunaia przystawione do szyi.
- Jak myślisz, kto kazał Sasuke wrócić w jego urodziny, kto kazał Sakurze przystać na propozycję Itachiego i kto kazał Painowi przyłączyć twoją matkę do Akatsuki? Kto pomógł jej aktywować jej Oczy? – zapytał.
Zrozumiałam nagle ogrom jego intrygi. Moje całe życie nie było dyktowane przez moją matkę. Nie, moje życie dyktowane było przez niego. To on sprawił pośrednio, że zostałam poczęta i wychowana w złudnej rodzinie. On sprawił nawet, że pokochałam Toriego. Czułam jak moja nienawiść do tej osoby wzrasta aż do granic.
- Ale moja matka dowiedziała się o twoim planie – rzekłam.
- Owszem. Dowiedziała się i powiedziała Nagato. Wtedy też zaczęli knuć przeciwko mnie, a ona dała się zabić. Dzięki temu zaczęłyście migrować między Konohą a Jaskinią i twój związek i związanie z Torim nieznacznie się opóźniło. Jednak jest tak, jak być powinno. Wszystko dzięki chciwości Nagato – rzekł. – Jakby nie patrzeć, mógł cię zabić dawno temu i nie byłoby tej rozmowy. Jednak on również czegoś od ciebie chciał. Nie umiem jednak stwierdzić czego, lecz myślę, że twój ukochany został wdrożony w te plany. Z takim uporem mnie szukał, że musiał coś o tym wszystkim wiedzieć! – dodał.
Zapowietrzyłam się z oburzenia i szoku. Czyli wszyscy wokół mnie spiskowali nad moim losem. Wszyscy decydowali o tym, z kim mogę być i co mam robić. Komu więc mogłam ufać? Jak daleko sięgała ta intryga, jak mocno przesiąkła Akatsuki, moją rodzinę i bliskich. Kto był ze mną, a kto przeciw mnie?
- Koniec gadki. Yoshito, pokaż jej, dlaczego lepiej jest być z nami, a nie przeciwko nam – rzekł.
Białowłosy puścił mnie i popchnął do przodu, przez co chwilowo straciłam równowagę. Obróciłam się szybko bokiem do mężczyzny tak, bym mogła jednocześnie obserwować ich obu.
Mój kuzyn wpatrywał się we mnie roziskrzonym spojrzeniem ściskając kunai w ręku tak mocno, że aż pobielały mu kostki. Szybko wyciągnęłam również swoją broń, tak bym w razie ataku mogła się bronić. Nagle chłopak skoczył, lecz nie na mnie, a na mężczyznę. Rzucił w niego kunaiem, ale nim zdołał go dosięgnąć jego atak został sprawnie sparowany przez wrogą katanę. Mężczyzna spojrzał gniewnie na białowłosego.
- Niedobrze, jednak Lider zdołał jakoś wyprać ci mózg w Akatsuki. Dlatego do końca nie byłem pewny twojej tam obecności. Szkoda, że tylko tak mogłeś zdobyć jej zaufanie – rzekł. – Trudno, sam więc ją zabiję – dodał.
Nim zdążyłam zareagować znalazł się tuż obok mnie i nim zdołałam chociaż mrugnąć, poczułam zimne ostrze przeszywające mój brzuch w okolicach śledziony. Otumaniona i niezdolna logicznie myśleć zdołałam jedynie krzyknąć i chyba nawet pisnąć, po czym złapałam się za krwawiącą ranę.
- Do zobaczenia – usłyszałam głos mężczyzny przy uchu.
Osunęłam się na ziemię i poczułam przy mnie obecność Yoshito, jego dłonie uciskające moją ranę. To wszystko działo się za szybko, tego wszystkiego było za dużo i było to zbyt przytłaczające. Zbyt wiele nowości jednego dnia, zbyt wiele do przetworzenia w tak krótkim czasie.
Tyle lat ćwiczeń i treningów, tyle wyrzeczeń i kompromisów, wszystko po to, by zostać zaskoczoną i przechytrzoną w tak łatwy sposób. Wszystko po to, by umrzeć w tak głupi sposób, mimo iż mogłam temu zapobiec. Gdybym tylko nie weszła do tego pokoju. Gdybym tylko nie zaufała Yoshito. Gdybym tylko nie związała się z Torim. Całe moje życie było tylko maskaradą, byłam główną aktorką w sztuce, której tekstu nie znałam, a wciąż grałam według scenariusza. Byłam laleczką w teatrze lalek, sterowaną przez kogoś innego, ślepo wypełniającą polecenia, nawet bez mojej wiedzy. Moje życie było bez sensu, gdyż nie mogłam wyrazić siebie. Mówiono mi, że mogę zostać kim zechcę, jednak nie pozwolono mi wybierać. Nie pozwolono mi nawet być sobą.
Czyjeś ręce podniosły mnie i wyprowadziły z przerażająco białego pokoju. Przeprowadziły mnie przez zniszczone korytarze, wydostały z ruin klanu i oparły o jedno z drzew obrastających pozostałości po klanie.
- Hanami, wracajmy do siedziby, tam ci pomogą i… - usłyszałam czyjś głos przebijający się przez taflę wody. Czyżbym tonęła?
- Nie… - wychrypiałam.
Obraz tracił ostrość i zaczął wirować przed moimi oczyma.
- Choć więc ze mną. Zaszyjemy się gdzieś, schowamy przed nim i odbudujemy klan. Nie dostanie wtedy ani ciebie, ani Toriego.
Udało mi się zlokalizować Yoshito, który nagle gadał jak nakręcony. Spojrzałam na niego z powątpiewaniem, na jego łzy spływające po twarzy, jego rozbiegane spojrzenie.
- Nie. Zdradziłeś mnie – wychrypiałam, osuwając się po korze drzewa i znacząc je czerwonym śladem.
Spojrzałam na swoje dłonie i brzuch i zobaczyłam rozprzestrzeniającą się czerwień. Krwawiłam. Dlaczego tak bardzo? Dlaczego krwawiłam?
Wstrząsnęłam głową, by skupić swoje myśli.
- Kocham cię – rzekł nagle. – Dlatego nie byłem w stanie cię zranić – zaczął, lecz ja odpowiedziałam mu śmiechem.
- Jeśli mnie kochasz, to wróć do siedziby i powiedz im prawdę. Ostrzeż Toriego. Jeśli mnie kochasz, to daj mi spokój – warknęłam, z trudem wstając na nogi.
- Chodź ze mną… - zaczął.
- Nie… Tori…
- Wolisz zginąć?! – wrzasnął.
Spojrzałam na niego smętnie i jedynie pokiwałam głową. Odwróciłam się od niego i ruszyłam między drzewa, ledwo ciągnąc nogę za nogą. Słyszałam jedynie jego szloch, a po tym nastała cisza.
Osunęłam się przy jednym z drzew. Itachi. On jedyny zdawał się nie być częścią intrygi. W końcu swatał mnie z tym debilem. Mimo, że wokół mnie są zdrajcy, on pozostawał wciąż tym, który mnie wychował.

***
Obserwowałem, jak wchodzi między drzewa. Chciałem za nią iść, lecz wiedziałem, że nie mogłem. Nienawidziła mnie, nienawidziła mojej miłości.
Odwróciłem się w przeciwnym kierunku i wskoczyłem na najbliższe drzewo. Ruszyłem w stronę Jaskini przeskakując z gałęzi na gałąź i nie przejmując się spływającymi z oczu łzami.
Straciłem ją. Pozwoliłem jej umrzeć.
Zatrzymałem się spory kawałek dalej i ostrożnie odwróciłem w jej kierunku, jakby obawiając się, że może mnie zobaczyć i potępić. Zauważyłem, jak z koron drzew w oddali wzbija się stado ptaków. Nie odważyłem się zawrócić, więc ruszyłem dalej.

Dotarłem do Jaskini szybciej, niż się spodziewałem. Zresztą, nie wiem kiedy się spodziewałem. Po prostu biegłem przed siebie ile sił w nogach. Nie zatrzymując się na noc, nie jedząc, nie pijąc. Wciąż przed siebie, w tym samym kierunku. Miałem cel. Być może ostatni w mym życiu. Niosłem wolę, jej wolę.
Zatrzymałem się w progu kuchni i dysząc opadłem na kolana. Byli tu wszyscy i wszyscy wpatrywali się we mnie zaskoczeni. Być może wyglądałem jak ostania szuja na tej ziemi, jak wyrzutek społeczeństwa. Tym byłem po tym, co jej zrobiłem.
- Gdzie Hanami? – usłyszałem warknięcie Toriego, gdy podnosił mnie i przyduszał do ściany. Nie zareagowałem.
- CO Z NIĄ ZROBIŁEŚ? – wrzasnął.
Słowa, jak zaklęte, nie chciały wydostać się z mych ust. Chociaż chciałem, chciałem powiedzieć mu prawdę. Chciałem powiedzieć, że to przez niego, że ona… poświęciła się.
- Zrobił to, co miał zrobić – rzekł nagle Nagato i sam mimowolnie spojrzałem na niego wściekły.
Skąd on miał wiedzieć?
- On jest zdrajcą – dodał Nagato, co mnie nie zdziwiło. ON mówił, że Lider zna prawdę. – Zapewne kazał ci ją zabić, prawda Yoshito? Lecz tego nie zrobiłeś, bo ją kochasz – dodał sam do siebie. – Zapewne nikt z was tego nie dostrzegł, lecz Hanami ma umiejętność rozkochiwania w sobie ludzi. Sprowadziłem tu szpiega, by związać mu ręce. Wiedziałem, że jej ulegnie.
Nie powiem, że mnie nie zdziwił. Lecz nie było niczego, co teraz dotknęłoby mnie bardziej, niż jej odejście. Żadne z emocji czy uczuć nie miało tak wielkiej mocy.
Tori mnie puścił, a ja osunąłem się na ziemię. Zatrzymałem wzrok na moich zakrwawionych dłoniach. Ubrudzonych jej krwią. Że też przez całą podróż ta krew się nie wytarła. Zastygła na moich dłoniach, niczym znak mej zbrodni. Czy już zawsze tak pozostanie?
Zachichotałem, jak wariat, zwracając ponownie na siebie uwagę. Obraz rozmył się przez napływające do oczu łzy, lecz krew na dłoniach, niczym zaczarowana, wciąż pozostawała dziwnie ostra i widoczna.

- Ona nie żyje. Umarła, byś ty mógł żyć. Takie dostała ultimatum – wydusiłem z siebie.

***
Na rozdział trzeba było długo czekać, ale w końcu jest. Mam nadzieję, że się podoba ;> W pierwszej wersji moich planów na to opowiadanie, miało się ono chamsko kończyć w tym momencie. Ale zmieniłam je ;>
Kolejny rozdział już się pisze i postaram się go opublikować w sierpniu. 
Przepraszam za tak długą zwłokę ;P

Pozdrawiam, 
Hanami